Wyprawa 3 B czyli Karelia i półwysep Kolski

Pierwszym pomysłem był osławiony w środowisku rajd Ładoga, chcieliśmy zobaczyć Karelię. Ale podczas majowego spotkania z Rosjanami w naszych Tatrach zdecydowaliśmy wyruszyć trochę dalej i na trochę dłużej. W połowie maja wyruszyliśmy na Litwę gdzie dojechali do nas Ilia i Losza. Dalej ruszyliśmy wspólnie, dość szybko pokonaliśmy granicę w Szumałkinie, znaczy Rosjanie dość szybko bo przy nas celnicy trochę marudzili, oczywiście chodziło o kasę. Na ich budkach widnieje dużo informacji o tym, że łapówkarstwo jest karane, dla każdej ze stron, jednak rosyjskie granice rządzą się swoimi prawami…

Po dwóch godzinach negocjacji jedziemy w kierunku Pskowa, lżejsi o kilka papierków z portfela. Nocleg gdzieś przy drodze i następnego dnia docieramy do St. Petersburga. Nie zagłębiamy się jednak w miasto, robimy tylko zakupy w jednym z olbrzymich centrów handlowych i docieramy do położonego na zachód od „Pitera” malowniczego jeziorka. Tam czekają już na nas Misza i Sergiej. Oczywiście huczne powitanie, insekty stają się coraz bardziej uciążliwe, będzie tylko gorzej z tym draństwem podczas naszej podróży na północ.

Rano zwijamy obóz i osiągamy granicę Republiki Karelia. Nowa droga wije się pośród fantastycznych tworów skalnych, na których widnieje mnóstwo napisów w stylu: „ja tiebia lubliu, Sasza”. Niektóre umiejscowione dość wysoko, widać, że autor choć trochę się namęczył aby przedstawić swe uczucia.

Nieoczekiwanie nowa droga się kończy a my skręcamy w tzw. pylnik, drogę szutrową wykonaną na jakimś podłożu przypominającym cement, wiadomo po kilku metrach skąd ta nazwa. Odległości między poszczególnymi autami wydłużają się do kilkuset metrów, poza wszechobecnym pyłem jest także mocno denerwująca „tarka”, powodująca rozkręcanie się śrubunków i luzowanie plomb w zębach.

Jedziemy na północ mijając jezioro Ładoga, urokliwe zatoczki tego wielkiego zbiornika, który jest chyba większy od całego województwa warmińsko-mazurskiego. Gdzieś za Sotrawalą wbijamy na drogi szutrowe, mijamy mnóstwo mniejszych zbiorników wodnych, rzek, rzeczek i innych cieków. Co ciekawe, tutaj każdy nawet najmniejszy strumyk ma swoją nazwę! Następny nocleg wśród karelskich jezior i lasów, jedziemy po grobli między dwoma mega jeziorami i za chwilę zagłębiamy się w gęsty las. Obawiamy się gryzących latających potworków ale jakoś nie dokuczają straszliwie, da się przeżyć, moskitiera na twarz okazuje się trafionym pomysłem. Znajdujemy wypasione miejsce na camp i zostajemy tu na dwa dni, dwa dni intensywnie spędzone na łowieniu ryb, pitraszeniu i spożywaniu. Pojawia się tutaj nagle człowiek z lasu, ma tu gdzieś w okolicy mały domek, do którego przyjeżdża praktycznie przez cały rok. Wcale się nie dziwię, że nie chce mu się siedzieć w „Piterze”, miejsce zapiera dech w piersi, widoki są wspaniałe przez cały czas odkąd zjechaliśmy z asfaltu. Brak jakichkolwiek oznak, że mieszkają tam ludzie, bardzo rzadko mijamy niewielkie osady. Swoją droga jak oni tam funkcjonują gdy jest zima???

Po kilkuset kilometrach szutrów znów asfalt, wbijamy na niego w okolicach Białomorska i po noclegu nad brunatną rzeczką dzielimy się na dwie grupy i lecimy do Murmańska. Dystans 700 km pokonujemy dość sprawnie i szybko, decydujemy się na hotel w centrum miasta. Wypasiony bo tylko w takim udaje nam się znaleźć wolne miejsca, cena przystępna. Tam oczekujemy na przyjazd drugiej grupy. Docierają rankiem następnego dnia.

Zakupy w większym sklepie, w małych sklepikach po drodze niestety nie ma dobrego zaopatrzenia ale za to jest zauważalnie taniej. Ostatnie tankowanie na Statoilu i ruszamy w głąb półwyspu. Na początek kierujemy się do wioski Teribierka, to obowiązkowy punkt wycieczki. Tutaj na wybrzeżu Morza Barentsa zwiedzamy baterię artylerii. Stare działa stoją sobie na skalistym wybrzeżu, podobno nie oddano z nich żadnego strzału… teraz, zardzewiałe są atrakcją turystyczną.

Jako, że to pierwsze morze w naszej podróży decyduję się na nurka, woda jest zimna ale temu się nie dziwię. Jest za to niesamowicie przejrzysta. Po krótkim nurkowaniu zbieramy się i lecimy dalej. Kierujemy się w miejsce gdzie nie ma nic prócz skał, tundrowej roślinności i pięknych jezior. Jest około 24:00 ale słońce nie zachodzi. Tzn. nie zachodzi zupełnie, jakby odbija się od horyzontu. W środku nocy jest widno jak o 21:00 letniego dnia w Polsce. To niesamowite zjawisko przyrodnicze wybija nas trochę z rytmu, zasypiamy tylko pod wpływem usypiacza i mnóstwa wędzonych rybich przysmaków. Rano budzą nas pogranicznicy i okazuje się, że mamy duży problem. Wjechaliśmy do strefy zakazanej dla cudzoziemców. Choć nigdzie nie widzieliśmy tablic ostrzegawczych pogranicznicy zabierają nasze paszporty i okazuje się, że zostaniemy aresztowani do wyjaśnienia…

Ale od czego znajomości, jeden telefon ustawia ich w pozycji: na baczność. Pasporty zostają zwrócone ale musimy opuścić to miejsce zapomniane przez wszystkich, na samym końcu świata smaganym wiatrem i śniegiem. Temperatura w „nocy” nie przekracza 8°C, podobno w pobliskiej wiosce mieszka na stałe osób: 2! Jakoś nas to nie dziwi choć miejsce przepiękne. Pogranicznicy opowiadają, że latem to jeszcze jako-tako, zima tutaj to prawdziwe wyzwanie. To tłumaczy wielkość zaludnienia. Poza tym pierwszy raz pojawiają się misie, na razie tylko w opowieściach. Pogranicznicy opowiadają, że jeden ciekawski zbliżył się za bardzo do ich bazy, zaczęli więc do niego strzelać z rakietnicy. Miś jednak znosił to spokojnie, oddalił się dopiero po oddaniu serii z kałacha.

Oczywiście szybko zwijamy camp i kierujemy się jedyną możliwą drogą na południe. Po drodze jednak okazuje się, że z naszym zbiornikiem nie jest za dobrze, zaczynamy tracić paliwo w coraz większym tempie. Przymusowy kolejny camp gdzieś pośród rzek, jezior i karłowatych drzewek. Zdjęcie zbiornika nie zajmuje sporo czasu ale po oględzinach wiemy, że nie naprawimy go we własnym zakresie. Pakujemy go zatem do Patrola i lecimy szukać spawary. Co oczywiście na Kolskim nie jest łatwe a po jakimś czasie okazuje się niemożliwe. Jedyna spawara przyjeżdża na ciężarówce serwisowej chłopaków od rurociągu ale… teraz ich tu nie ma. Zatem zapada decyzja o powrocie do Murmańska. Tam znajdujemy warsztat, gdzie naprawa trwa pół godzinki i z kanistrem między nogami docieramy na camp w podnóża Chibin. W tych górach znajduje się chyba cała tablica Mendelejewa z czego Rosjanie ochoczo korzystają zamieniając te piękne góry w stertę kamieni. Wygląda to tak jakby walnęła tam mega wielka bomba! Na początek jedziemy do Rewdy i stamtąd chcemy wyruszyć w góry ale pogoda jest podła, wiemy że nie jesteśmy przygotowani na tak ekstremalne warunki. Siła wiatru i mega ulewa zmusza nas do odwrotu. Ruszamy w stronę Kirowska drogą, która zachwyca nie tylko oczy ale i duszę off-roadowca!. Liczne strumienie kierujące się w stronę jeziora przecinają drogę dość często, wszechobecne głazy i kamienie wymagają koncentracji i doświadczenia podczas przejazdu. Woda sięga niekiedy do polowy drzwi, wdziera się podstępnie do wnętrza auta zalewając częściowo nasze zapasy i bagaże. Wieczorem docieramy do Kirowska, miasta w którym zbudowano kolejowy dworzec osobowy ale… nigdy nie odszedł stamtąd żaden pociąg osobowy.

Z Kirowska kierujemy się na północ, w samo centrum Chibin. Znów droga pod wodą, błoto, rzeka, kamienie, skały i las pełen niedźwiedzi. Z rzadka spotykamy ludzi, ostatnim miejscem gdzie można spotkać człowieka jest turbaza u podnóża sinej góry. Dalej zapuszczają się tylko szaleńcy. Kilkadziesiąt kilometrów na północ rozbijamy obóz, znów dwa dni, znów kucharzenie, rybałka i nurkowanie. Woda wspaniała choć zimna, na powierzchni 5°C, później już tylko 4°C aż do osiągniętych 20 m. Za to bez latarki co mnie bardzo cieszy. Nie udaje mi się zapolować na rybkę, chyba wszystkie uciekły jak mnie wyczuły.

Dalsza droga okazuje się niezłym wyzwaniem i z uwagi na rodziny i nieprzewidywalność pogody decydujemy się zawrócić do Kirowska. Tam nocleg w hotelu „Sport”, kilkupiętrowy blok z szarej cegły, okna uszczelnione szeroką taśmą, standard poniżej jakichkolwiek norm ale jest jeden prysznic na dwa pokoje, jak w akademiku Politechniki. Od razu przypomina się film „Deja vu” Juliusza Machulskiego i wspólne łazienki na kilka pokoi. Na szczęście spędzamy tam tylko jedną noc. Następnego ranka po uzupełnieniu zapasów ruszamy w kierunku morza Białego, jedną z dwóch możliwych dróg. Wybieramy oczywiście tą, pozbawioną asfaltu. Mamy przed sobą ok. 150 km do Umby, tam docieramy wieczorem, uzupełniamy paliwo i jedziemy na wybrzeże. Wybrzeże jest urozmaicone, jest piaszczysta plaża, są kamieniste odcinki a niektóre kamienie są wielkości Defendera. Dobrze widoczne na plażach, porozrzucane jakby ręką olbrzyma nikną w wodzie podczas przypływu. Docieramy do starej, rybackiej wioski gdzie decydujemy się na dłuższy pobyt. Jest bania, dużo ryb i świeża ikra. Złowione garbusze zajadam na surowo, mięso jest tak delikatne, że grzech kłaść ją na grilla. Nocujemy w starych domkach rybackich, codziennie zażywamy bani i oczywiście schodzę pod wodę. Wyszło wreszcie słońce więc czołgając się po kamieniach podczas odpływu docieram w końcu do głębszej wody. A to, co spotyka mnie pod wodą zapiera dech w piersi! Fantastyczna roślinność, glony, rozgwiazdy, meduzy to wszystko sprawia, że zabezpieczam kuszę a biorę się za kamerę. Morze jest ciepłe ale mam ograniczoną ilość powietrza więc pozwalam sobie tylko na 30 min. pod wodą. Udaje mi się nakręcić wspaniały film, który oglądamy wieczorkiem podczas kolacji z owoców morza. Człowiek, który opiekuje się tą wioską był zachwycony, mówił, że mieszka tam 50 lat a nigdy nie widział jak to wygląda pod wodą. Nurkowałem już w różnych miejscach, niekiedy niesamowitych w różnym tego słowa znaczeniu ale takich widoków to jeszcze nie widziałem! Wyłaże z pod wody z rogalem na ustach, mimo dość trudnego, pełnego śliskich kamieni zejścia. Mając na sobie kilkanaście kilogramów sprzętu płetwonurek jest dość ślamazarną postacią kiedy porusza się po lądzie więc wejście i wyjście wymagają olbrzymiej koncentracji i uwagi. Jeden ruch i można się poważnie uszkodzić na tych głazach.

Z Umby jedziemy jeszcze na wschód, wybrzeżem morza Białego obejrzeć kopalnię kamieni szlachetnych. Jednak droga jest w takim stanie, że odpuszczamy jakieś 40 km przed kopalnią.

Gdzieś między Umbą a Kandałakszą spotykamy dwa samochody z Warszawy, chłopaki jadą w przeciwnym kierunku więc polecamy im kilka miejscówek i lecimy dalej. Powoli kończą się fundusze więc kierujemy się na asfalt i mkniemy z szaleńczą prędkością 110 km/h w kierunku St. Petersburga.O dziwo Defenderowi ta prędkość podoba się najbardziej, pali znośnie czyli ok. 10 l/100 km co delikatnie mówiąc zaskakuje ale także bardzo cieszy. Udaje nam się pokonać 600 km i zmęczenie daje znać o sobie, obok drogi znajdujemy fajne miejsce nad rzeczką i rozbijamy obóz. Ognicho, resztki alco i spać. Następnego dnia pokonujemy odcinek do Priozierska nad Ładogą liczący ok. 650 km. Tam docieramy wieczorem i trafiamy na plażę nad Ładogą. Zdążyliśmy rozstawić namiot gdy przyszła do nas młoda Rosjanka i zaprosiła do wspólnej biesiady. Ich ekipa była rozbita na drugim końcu plaży. Oczywiście przyjmujemy zaproszenie i szybko okazuje się, że podróżują prawie tą samą trasą co my! Przyjechali z „Pitera” dwoma Uazami Patriotami. Należą do petersburskiego klubu off-road. Oczywiście zapraszają nas do siebie ale my już chcemy do domu. Zatem następnego dnia, po suto zakrapianej wieczerzy ok. południa ruszamy w stronę domu. Przed nami ostatnie 1040 km. Mijamy St. Petersburg i zahaczamy jeszcze o Kronsztadt przez co nasza trasa obejmuje trzy morza: Barentsa, Białe i Bałtyckie. Potem już szybki skok do Szumałkina, granica bardzo sprawnie, tamożnik uśmiechnięty, chwalący nas za tak długą trasę, szczerze zapraszając do ponownych odwiedzin w jego kraju. Trochę strachu napędza pogranicznica pytając groźnie czy przypadkiem nie wieziemy kawioru. Ja delikatnie stwierdzam, że tylko kilka rybek ale jej w tym momencie rozjaśnia się oblicze i zaczyna się przyjemnie uśmiechać. Powiada, że chyba byśmy byli całkiem nienormalni jakbyśmy nie wieźli ze sobą tych ich specjałów… a lodówka ledwo dała się zamknąć bo oczywiście nie mogłem sobie tego odmówić.

Przed nami kawałek uporządkowanej Estonii, Łotwa i Litwa a potem już malutki skok do domu. Chciałoby się powiedzieć: pójdzie szybko. Sprawnie mijamy Rygę ogarniętą już ciemną nocą i…. halt! 93 km/h na 50. Smutek bo to kosztuje 160 EUR. Mówię, że mam ze sobą 30 zł i 300 RUB, nie pomaga, pójdziesz i zapłacisz w banku… kombinuję jak tylko mogę i w pewnym momencie sukces! Dostaję upomnienie za niedziałającą żarówkę, miłe pożegnanie z łotewskimi policjantami, korekta trasy i już jesteśmy na Litwie. Pusto więc idzie sprawnie aż do okolic Wisztyńca. Tu na odcinku 30 km 3 kontrole pograniczników, nie powiem, sympatycznie. Pytają skąd, dokąd, jak wspomnienia. Podczas trzeciej kontroli okazuje się, że nie mam prawka, zostało u pograniczników 10 km wcześniej. Chłopaki telefonują, jest! Leżało na podłodze samochodu. Czekamy na ich miejscu a oni jadą po moje kwity, nie mija 10 min i są z powrotem. Teraz już beż żadnych kontroli o 3 nad ranem docieramy do domu. Nawet nie chce mi się spać, wyciągam ryby z lodówki i wódkę z jakiejś torby, przez 2 godziny wspominamy i opowiadamy nasze przeżycia ostatnich 3 tygodni, o 6 zmęczony ale chyba więcej alkoholem docieram do łózka.

Pokonaliśmy 7000 km ale to był bardzo mile spędzony czas na drogach i bezdrożach Rosji czas i już teraz wiem, że niedługo tam wrócę przemierzyć to do czego nam się nie udało dojechać i zobaczyć to, czego nie widzieliśmy. Na pewno lepiej przygotuję się do nurkowania bo te marne 30 min pod wodą tylko zaostrzyły mój apetyt na nurkowanie w morzu Białym.

W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. Jeśli nie wyrażają Państwo na to zgody, prosimy o dokonanie zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.
Akceptuję politykę cookies
x