Malezja 2007 – wspomnienia uczestnika.

Po raz kolejny razem z Piotrem Kowalem zdecydowaliśmy się na start w tegorocznym, jubileuszowym Rainforest Challenge w Malezji. Bazowy RR otrzymał mechaniczną wyciągarkę i zawieszenie włoskiej firmy Equipe, zestrojone na zamówienie pod masę auta. Dwa tygodnie trwała gruntowna przebudowa i wyposażanie samochodu przed wjazdem do kontenera. Czasu na sprawdzenie auta nie starczyło, ale przed samym wjazdem do kontenera test wykrzyżu pokazał błędy. Dodane zostały dystanse oraz zmniejszyliśmy trochę masę i tak ciężkiego już samochodu.

Auto miało pomieścić 3 osoby oraz masę sprzętu biwakowego, pożywienia oraz części zapasowych. RR szczęśliwie dopłynął na czas, linę do wyciągarki i jej pierwsze testy przeprowadziliśmy dopiero w Malezji. Pakowanie i oklejanie auta odbyło się przed hotelem w Kuala Lumpur, następnie wielka laweta zabrała nasze pojazdy do prowincji Terengganu gdzie miał odbyć się cały rajd.

Razem z Piotrem oraz drugim polskim teamem Agnieszką i Markiem ruszamy w stronę wschodniego wybrzeża autobusem, Pika i Arek jadą innym autobusem. Smalec po tuningu na śniadanie po dwóch godzinach zaczyna działać i cala podroż wygląda ciekawie i miejscami śmiesznie. Wieczorem lądujemy na przydrogowym parkingu gdzie oczekują już nasze samochody, zawodnicy jadą do campu położonego w lesie palmowym a Arek z Piką ruszają autobusem do hotelu nad morzem. Potem okazuje się, że o niebo lepszego od naszego campu.

Jeszcze dzień przed startem ruszamy do Kuala Terengganu, miasta nad wschodnim wybrzeżem po zakup piły spalinowej oraz agregatu prądotwórczego.

Po powrocie do bazy przeszliśmy pomyślnie badanie techniczne a następnego dnia ruszyliśmy w stronę miejscowości Jertih gdzie miał odbyć się uroczysty start z rampy oficjalnie rozpoczynający cały rajd.

Ruszamy we trójkę z Pika na pokładzie, ale nie dane nam było dojechać na czas. W połowie drogi zaczęły się nasze kłopoty z systemem paliwowym, na początku myśleliśmy, ze to zwykły brak paliwa. Pika ruszył piechotą w stronę miniętej ok. 1 km stacji benzynowej a my w tym czasie zostaliśmy zaholowani przez jednego z sędziów do następnej stacji oddalonej o ok. 15 km. Tam okazało się, że to nie brak paliwa a wysokociśnieniowa pompa paliwowa odmówiła posłuszeństwa. Wymiana zajęła ok. 40 min, zatankowaliśmy i ruszyliśmy z powrotem po Pikę. Nie spotkaliśmy go jednak więc znów zawrotka, ale po drodze okazało się, ze większość aut rajdowych już zmierza w stronę przeciwną, w stronę wielkiej patelni gdzie odbywać miał się prolog. Następna zawrotka i spotykamy się wszyscy na prologu. Nad nami krąży śmigło i jest wielki festyn z mnóstwem miejscowej gawiedzi. Wjeżdżamy na parking, rozpakowujemy bety i stajemy na starcie pierwszego dla nas OS-u. Jest to ciasno ułożony trial ze zbudowanym z pni drzew mostkiem. Przejeżdżamy spokojnie, staramy się nie dopuszczać do amoku. Niektóre załogi spadają z mostku i musi je usuwać olbrzymia kopara. Następny OS to także wymagający trial z koniecznością użycia kotwicy. Start ze wzniesienia, ciasny zakręt w lagrze, niewielkie, ale dość groźne osuwisko i pionowa półka wysokości ok. 3 m, następnie zjazd i powrót tą samą trasą. Dwie kary za potrącone słupki.

Kolejny OS to podjazd, kilka jam wykopanych wielka łyżką i wąski trawers, zawieszenie wybiera dobrze. Na kolejnym OS czeka na nas Artur Drzewiecki pełniący obowiązki sędziego. Jest to kilka następujących po sobie wykopanych jam, mocno nadwyrężających sprzęt. Decydujemy się pobrać DNF zwłaszcza, że jak dotąd żadne auto nie pokonało tego OS-u, szkoda sprzętu.

Następny OS dość łatwy dla nas, szybko i sprawnie na kołach. A na kolejnym zaczęliśmy dobrze, lecz nasza kotwica nie wytrzymała napięcia i zmieniła swój pierwotny kształt. Zapadał już zmierzch więc postanowiliśmy poszukać mechanika, który zreperuje nam kotwice. Ruszamy na poszukiwania w stronę Jertih, umawiamy się na następny dzień na 7 rano. W Jertih trafiamy na KFC i sklep u chińczyka a w nim wódka POLSKA(nawet dała się wypić)! Lecimy spać, Pika i Arek zostają przy sprzęcie, nie chce się nam go pakować zwłaszcza, że jutro maja być następne OS-y.

Rano ruszamy do spawacza, naprawa kotwicy i wracamy na prolog, ale okazuje się, że kolejnych 5 OS-ów jest odwołanych. Janaszki zaliczają OS-y z poprzedniego dnia a my buszujemy u chińczyka gdzie trafiamy na pakiet foliowych torebek z reklamą…? BIEDRONKI!!!!! Poranny smalec sprawił, że ledwo utrzymaliśmy się na nogach.

Ok. 17:00 ruszamy nienerwowo w stronę pierwszego campsite-u. Ostatnie tankowanie, zakupy i razem z całą kolumną zjeżdżamy wreszcie z asfaltu. Droga z początku utwardzona kamieniami, wieczór i las, butelka lejdejska w obiegu wiec odcinek liczący ok.40 km mija spokojnie. Po drodze jeden kiepawy mostek a raczej urwisko nad rzeka naprawione wątłymi patyczkami, przejeżdżamy ostrożnie i lądujemy w końcu na wielkiej polanie miedzy innymi autami. Zostaniemy tu dwa dni. Rozbijamy wspólny obóz, bania, kolacja i spać. Delikatny deszcz w nocy nie wzbudza podejrzeń.

Od rana upał, pierwszy OS to przejazd wzdłuż rzeki z piaszczystym dnem, ciśnienie w oponkach spada drastycznie, ale za to poprawia to nasze zdolności terenowe. Krótki winch i dalej na kołach. Drugi OS dnia tego to krótki podjazd, ciasna nawrotka oraz zjazd, na kołach, choć w pewnym momencie muszę balansować. Tego dnia już po OS-ach więc wracamy do campsite-u gdzie czeka na nas zbawczy cień pod celtą. Wieczorna bania międzynarodowa, są Australijczycy, Niemcy, Malezyjczycy z obsługi rajdu, Szkot ze Szkocji oraz Bułgarski redaktor sportowy. Przysiadamy z butelką lejdejską, zapijamy malezyjską wódką i wkrótce lądujemy przy naszym ognisku. Alkohole namieszały w głowach i nastąpił spadek mocy. Kładziemy się spać.

Janaszki wyruszają pierwsi, my jeszcze trochę mulimy i w końcu ruszamy w kierunku kolejnego campsite-u. Po drodze rzeka i dwa OS-y. Pierwszy z ostrym podjazdem z rzeki, konieczny winch, potem ciasno wokół kępy bambusów i zjazd do rzeki. W tym miejscu wszyscy używają tylnej wyciągarki, my takowej nie posiadamy więc asekuruję Piotra na taśmie podczas zjazdu. Miejscowi oraz sędziowie nie widzieli jeszcze czegoś takiego więc wzbudzamy sensację oraz wykręcamy drugi czas na tym OS-ie. Następny OS okazuje się za ciasny dla naszego auta, nie chcąc go defasonować zaliczamy DNF. Po powrocie do naszych bambetli decydujemy się ruszyć dalej, do następnego campsite-u. Przekraczamy rzekę, wieczorny przelot przez dżunglę, gwiaździste niebo. Lecimy RR we 4, zabieramy jeszcze Arka. Na campsite-e czekają już niektóre załogi oraz dziennikarze, rozbijamy obóz w nocy, delikatnie zaczyna padać deszcz, potem okaże się, ze będzie padał już ciągle.

Rankiem dojeżdżają Janaszki i reszta załóg oraz pozostała obsługa i dziennikarze. Startujemy do pierwszego OS-u tego dnia, jest to bardzo ciasny przejazd po lesie, zjazd nad rzekę i wyjazd pod niewysoką górkę, ale z progiem, który skutecznie hamuje pierwsze na tym OS-ie pojazdy, musimy użyć wyciągarki. Potem zmieniony przez kopiące jamy opony miejscowych zawodników łagodnieje i czasy przejazdu widocznie skracają się. Następny OS poprowadzony jest częściowo rzeka z podstępnymi głazami a częściowo ciasno po lesie. To tu prawy słupek spotyka się z drzewem i szyba pęka niegroźnie. Głazy w rzece hamują nas na krótko, ale poprawka skuteczna i zjawiamy się w boksie. Zostajemy w tym campsite-e na kolejną noc, cały dzień chodzi agregat ładując wpierw sprzęt Arka a później sprzęt całej gawiedzi redakcyjnej, dolewamy tylko paliwa. Kładąc się spać Pika zakręca kranik wiec za chwilkę agregat milknie ku uciesze sąsiadujących Australijczyków i naszej.

Rano składamy obozowisko i jako pierwsi ustawiamy się w kolejce do wjazdu w Twilight Zone. Janaszki są za nami. Na przegląd trasy ruszają pieszo X-meni, my czekamy do ok.12:00 i Luis uroczyście startuje nas w strefę mroku. Pierwsze winche, pada, błoto. Przez jakiś czas lecimy pierwsi, w końcu wyprzedzają nas ściśnieniowani Malezyjczycy. Jesteśmy 6 autem w strefie. Do pokonania odcinek ok. 25 km, 7 rzek. Za nami Australijczycy i Włosi. Na dość wymagającym osuwisku spotykamy asekurujących się Malezyjczyków, my lecimy bez asekuracji, ale za to z Piką przyklejamy się do auta, przejeżdżamy na kolach. Potem winch z przepinką i za kilkaset metrów, już po zapadnięciu zmroku napotykamy na rozbity przez poprzedzające nas załogi obóz na środku drogi. Grill trafia w plandekę, nie chcą ustąpić wiec maczetami wycinamy przejazd i lecimy dalej. Zaraz za obozem rzeka, okazuje się, że nie chcieli pokonywać jej po zmroku. Kilkadziesiąt metrów za rzeką długi podjazd a deszcz sprawił, ze trzeba użyć wincha. Brak punktów zaczepienia. Kombinacja z taśmami, lecz auto zbyt długo stało na trawersie i padła kolejna pompa paliwa. Nocna naprawa daje nam się we znaki. Leje cały czas, mój organizm zaczyna odczuwać efekty wychłodzenia, zaczynam mieć drgawki. Kończymy o 3:45 i zasypiamy na siedząco w samochodzie, nie mamy siły rozbić obozu.

Padało przez całą noc, pada rano i będzie padać cały dzien. Rano przepuszczamy Malezyjczyków, za wszelką cenę chcą być przed nami, ruszamy pod górę, często na winchu, bo rozmyte i już rozjechane. Gdzieś w dżungli słychać wyjące silniki aut, wydaje nam się, że to Australijczycy lub Włosi gdzieś za nami, ale w lesie trudno to ocenić. Po podjeździe okazuje się, że gubimy paliwo. Znów rozpakowanie całego sprzętu, znowu naprawa w deszczu. Ale już jakoś bardziej płasko. Przejeżdżamy jeszcze kilkaset metrów w lejącym deszczu, wydaje się, że przed nami jakaś szykana, bo słychać wyjące silniki. Z przeciwka nadchodzą dwaj chińczycy, ale języka nie znają, nic się nie dowiadujemy konkretnego. Za nimi podąża Vivek Dharma, dziennikarz z Indii. Od niego dowiadujemy się, ze mamy wracać, bo trasa dalej jest nieprzejezdna. Częstujemy go piwem, następna dwójka pieszych potwierdza te informacje, zawracamy. Za kilkadziesiąt metrów spotykamy załogę Sri Lanki też startują Land Roverem. Lecimy w dół, ale w niektórych odcinkach na winchu. Przy naszym ostatnim noclegu, przed rzeka spotykamy kilka załóg. Informują nas, że rzeka nieprzejezdna, za duży prąd i wysoka woda. Idę sprawdzić, nie jest tak źle. Decydujemy się atakować, stabilne duże drzewa wróżą sukces. Mega błoto na zjeździe do rzeki, ale dalej kamienie na dnie wiec tylko winch na zjeździe i winch na wyjeździe. Janaszki za nami. Potem ktoś jeszcze. Aż do miejsca gdzie podmyty wyjazd z rzeki unieruchomił na dachu włoską Dyskotekę. Włosi już na kolach, ale strasznie mulą z dalszą jazdą. Pomagamy. Przelatują, potem Janaszki i my. Z asekuracją dość wysoko, trzeba się wspinać po rozmytej skarpie miedzy połamanymi bambusami. Kończymy już po zmroku, masa insektów atakuje, gdy walczę ze zboczem a to nie taka górka jak u nas. Czerwone światło w czołówce trochę pomaga, nie ma wtedy tak dużo robactwa. Lecimy dalej, mijamy obóz Włochów i 500 m już prawie na płaskim pada kolejna, 3 pompa paliwa. Nocna naprawa, wyciągamy kuchenkę, herbata z banią, konserwa, chińskie zupki. Po ok. 1.5 h lecimy dalej. Most nad głębokim parowem z rzeką pokonujemy ostrożnie, jest cały oblepiony gliną. Po drodze mijamy auta sędziowskie, śpią, jest ok.2:00. Nie zatrzymujemy się a oni kontrolują wyjazd ze strefy zmroku, Pika wraca z książką rajdową i pobiera wpis. Kilka winchy i docieramy do campsite-u. Szybciutko rozkładamy łóżka oraz celtę obok Australijczyków. Rano odjeżdżają, po nich Janaszki a my trochę przepierki w pobliskiej rzeczce i dalej już sami. W pewnej chwili zauważamy osuwisko spowodowane lejącą się z góry woda. Zapinamy elektryka i powolutku, ale nasza masa sprawia, że skarpa urywa się i lecimy w dół. Rolka, lądujemy na dachu przodem w dół skarpy. Nic się nam nie stało. Wygrzebujemy się z auta, nie możemy odłączyć hebla, jest przysypany ziemią. Pika na nogach zbiega do campsite-u po Janaszkow. Tylko ich wyciągarka może nas podnieść. Przyjeżdżają po dłuższej chwili a ja w międzyczasie wspinam się na pionową skarpę śliskiego błota w poszukiwaniu punktów zaczepienia. Są dość wysoko, jakieś 50 m dalej. Przedzieram się po ścianie błota wymachując maczeta, nieraz służy mi jako punkt zaczepienia, musze ja wbijać w ziemię, gdy brak oparcia dla rąk. Docieram do pierwszego większego drzewa po drodze wycinając kilkanaście dorodnych bambusów tarasujących drogę oraz będących przeszkoda dla taśmy. Zakładam 30 metrowa taśmę na dwa drzewa, na jej końcu bloczek. Potem lina Janaszków i zaczynamy powolne obracanie sprzętu. Po kilku sekundach powolnego winchowania pęka z jękiem taśma. Wspinam się po raz drugi dźwigając szekle, bloczek i następną, 30 metrowa taśmę. Nadjeżdżają auta sędziów, są ostatnimi w dżungli. Asekuruje nas Ron z USA swoim elektrykiem. Znowu próba, wolniutko i trach! Pęka kolejna taśma. Znów mozolna wspinaczka, znów montaż. Teraz ostrożnie, nie mamy już 4 taśmy. Wreszcie udaje się postawić RR na kolach, przodem do drogi, ale jest jeszcze daleko do sukcesu. Auto stoi tylko na kolach po prawej stronie, lewa w powietrzu a pod autem wielki konar. Teraz do akcji wkracza Pika, uruchamia silnik, mamy już własnego wincha. Jeszcze tylko wycinam piłą spalinową konar i zaczynamy akcję. Powoli, z asekuracja Rona RR majestatycznie wyłania się z jamy i ląduje na drodze ku uciesze towarzyszących nam sędziów i obsługi rajdu oraz oczywiście naszym. Częstujemy ich banią, oni nas papierosami. Dziękujemy za pomoc. My walczymy jeszcze chwilę i lecimy również, już bez przedniej szyby za to w padającym deszczu. Docieramy do rzeki, czeka na nas Arek. Poziom wody wyżej o jakieś 1,5 m, duży prąd. Przechodzę piechotą, twardo, bez niespodzianek. Za rzeką pada pompa! Nie mamy już siły, cudem przemieszczamy się 100 m do samochodu Janaszków i rozbijamy obóz. Miniaturowe meszki gryzą niesamowicie, pijawki cały czas atakują. Pika i Arek padają, ja z Piotrem jeszcze bierzemy kąpiel w rzece.

Pada całą noc, celta przecieka, woda leje nam się na głowy podczas snu. Leje do rana, potem znów leje i tak przez cały dzien. Odwiedza nas Luis, pyta o kondycje auta. Zapowiada odwrót. Pierwsi składają się organizatorzy i sędziowie, potem Włosi i Janaszki. Zostajemy sami, chcemy wypłukać linę po nocnej walce. Dojeżdżamy do rzeki i po wypłukaniu i przewinięciu liny okazuje się, ze ostatnia pompa paliwa padła! Naprawa zajmuje 2 godz. Ruszamy na winchu. Potem jakoś idzie, cały czas deszcz wdziera się do samochodu przez miejsce po szybie. Napotykamy auta organizatora, są kompletnie nieprzygotowane do pokonania trasy po deszczu. Przepuszczają nas, pokonujemy rzekę, która była niewinnym strumyczkiem kilka dni temu. Przeciągamy 4 samochody przez rzekę i bierzemy na hol wojskowego Defendera 110 z radiostacją. Padła im wyciągarka. Ciągniemy ich do następnego campsite-u, ok. 2 km. Malezyjczyk nie jest przyzwyczajony do dość dynamicznej jazdy na holu i w pewnym momencie lina pęka przelatując koło naszego auta ze świstem. Wiążemy i lecimy dalej. Chłopaki ze 110-ki biegają z taśmami więc tylko pokazuje palcem, co i jak. Ale nie za bardzo ufam wiec zaczepy wyszukuje sam. W ten sposób docieramy do następnego campsite-u. Przed nami rzeka, rozlana i z poważnym prądem. Kilkanaście aut po tej stronie, rano przeprawa. Rozbijamy obóz, mamy już swoich fanów, jesteśmy rozpoznawalni. Glebujemy znowu w mokrych śpiworach na mokrych łóżkach, są chwile, gdy nie pada, kilkuminutowe. Rozpijamy ostatnia dawkę z butelki lejdejskiej. Zapadamy w sen.

Wstajemy o 8:00, jedziemy na przeprawę. Przejeżdżamy, prąd chwilowo spycha auto w dół rzeki. Po drugiej stronie ustawiamy się jako pomoc i przeciągamy resztę aut na drugą stronę. Pożyczamy 10 litrów paliwa, zaczynamy odczuwać już jego braki. 110-tka zostaje, lecimy sami. Do następnego miejsca gdzie droga jest zatarasowana przez kilkanaście samochodów obsługi. Wykopane koleiny skutecznie opóźniają odwrót, konieczny winch. Przelatujemy znowu poza kolejką, ponieważ ich ruchy zapowiadają dłuższy postój. Za szykaną kłopoty z pompą po raz kolejny, przepraszamy, lecimy powoli dalej. Dziennikarze i obsługa rusza dalej na nogach, ich samochody nie są w stanie pokonać tej trasy.

Kolejny podjazd, kolejna przeprawa z maczetą do najbliższego drzewa. Ręce drętwieją, pełne kolców i ran. Za nami chińczyk, pożycza nam 5 litrów paliwa. Lecimy dalej, pada bez przerwy, zwisające liany atakują nas od przodu, deszcz pada prosto w twarz. Docieramy do znajomej krzyżówki, humory wyraźnie poprawiają się, ale to jeszcze nie koniec. Przed nami auta sędziowskie. Cały czas mijają nas ludzie, którzy ewakuują się piechota, są przemoczeni, brudni.

Wreszcie ok. 22:00 docieramy do mikroskopijnej osady w lesie, miejscowi częstują nas gorącą herbata, ryżem i kawałkiem kurczaka. Trochę poprawia nam to humory, kupujemy także papierosy. Według wszelakich informacji mamy zostawić tu samochód a rano ewakuować się piechotą, ponieważ droga jest zerwana a rzeka wylała. Nie za bardzo wierzymy, tak samo jak Ron. Decyduje się pojechać dalej, my zostajemy odpoczywamy chwile i mamy ruszyć za nim po ok. 1,5 h. Ruszamy ok. 24:00. Po drodze jedna poważna wyrwa, zapinam wincha o słup energetyczny. Przejeżdżamy. Ale za kilka km dalej okazuje się, że droga znika pod woda, przed nami Australijczycy i Malezyjczycy oraz Ron rozbijają obóz, decydujemy się przenocować a rano ocenimy szanse przeprawy. Piotr znajduje wiatkę, dokładnie na 3 lóżka, kładziemy się spać.

O 8:00 budzą nas Malezyjczycy, jeden z sędziów, żołnierz i mocno rozbudzony Australijczyk, woda podniosła się i zalała jego łóżko. Podobno sprawa jest na tyle poważna, że organizator podjął decyzje o ewakuacji. Do tej akcji została włączona straż pożarna, policja oraz wojsko. Dają nam 1 godzinę na zabranie niezbędnych rzeczy, zabezpieczenie auta i stawienie się nad rzeką, będzie tam na nas czekać łódź. Zabieramy bambetle i udajemy się do strażackiej łódki, płyniemy ok. 30 km w dół rzeki. Po drodze mijamy płynące pnie drzew, rzeka jest rzeczywiście mocno zasilona w wodę koloru żółtego. Pada cały czas. Docieramy do brzegu, czeka tu na nas pomoc medyczna, wojsko, policja, telewizja. Ciasteczko energetyczne i pakujemy się do policyjnego LR 110 pickup. Wiozą nas do letniej szkoły gdzie urządzono centrum ewakuacyjne. Dostajemy czyste i suche koszulki, ręczniki. Pika kładzie się w zaimprowizowanym lazarecie, lekarze opatrują jego poobcierane nogi, nie mógł chodzić już od kilku dni. Rano spożyliśmy ostatki smalcu wiec humor nam dopisuje. Dojeżdżają kolejni ewakuowani, są przemoczeni, brudni i zmęczeni. Pokonali tych kilka ostatnich kilometrów piechotą. Nawiązujemy kontakt z Janaszkami, od wczoraj są już w hotelu. Widząc warunki panujące na miejscu decydujemy się opuścić centrum ewakuacyjne i na własną rękę dojechać do Kuala Terengganu. Piotr organizuje transport we wiosce, podstawiają Forda pickupa a ja idę po Arka i Pikę. Pika przecina nożem ostatnia zdobyta czysta koszulkę i ku przerażeniu personelu lazaretu robi sobie onuce. Organizatorzy próbuja nas zatrzymać, mówią, że za chwilę będzie podstawiony autobus dla nas, ale jakoś nie wierzymy. Malezyjczycy nauczyli się chyba, ze biały człowiek jest dla nich bardzo ważny, bali się chyba, żeby nam się nic nie stało, takie odniosłem wrażenie. Byli mili, uczynni, ale na nasz pomysł zareagowali szeroko otwartymi oczami z nutka przerażenia. Cóż, nauczyliśmy się i my trochę, trudno jest odzyskać zaufanie. Jedziemy przez znany sklep chiński, zakupy głównie alkoholu, bo jesteśmy chyba w jakimś muzułmańskim regionie i o ten towar tu bardzo trudno, nawet w hotelu. Zaopatrzenie, posiłek w KFC i lecimy na wybrzeże. Po drodze mijamy zalane pola, wioski, rozlane rzeki. Sprawa wygląda na poważną tym bardziej, że ciągle pada a na nieboskłonie wiszą ciemne chmury.

Wieczorkiem docieramy do hotelu, lądujemy w pokojach. Kąpiel, alkohol, czysta i sucha pościel sprawiają, że zasypiamy w jednych chwili.

Rano, po śniadaniu lecimy na lotnisko, wczoraj zapadła decyzja o powrocie do KL samolotem w godzinę a nie autobusem w cały dzień. Na lotnisku w KL rozstajemy się z Janaszkami oraz Arkiem i ruszamy na wypoczyn, na Tajska wyspę Phuket. Dopiero po powrocie 16 grudnia dojdzie do nas wiadomość, że podobno auta Włochów mają już wodę po szyby, my zaparkowaliśmy obok. Nie bardzo ufamy znowu, mamy nadzieję, że za kilka dni dostaniemy informację od organizatora, że auta są już wydobyte i czekają na transport do kraju w bezpiecznym miejscu.

To był mój drugi Rainforest Challenge. W 2001 roku nie było tyle wody, pamiętam jeden deszcz. Teraz była lejąca się bez przerwy woda z nieba, wilgoć, olbrzymia ilość pomarańczowego lepiącego się błota, mnóstwo pijawek i cholernie trudny do pokonania teren. Dla pytających, co mnie tam ciągnie odpowiem: to właśnie jest dla mnie wyzwanie! W tym roku Rainforest Challenge zapewnił mi moc wrażeń. Dżungla, tak jak i błoto, wciąga!

W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. Jeśli nie wyrażają Państwo na to zgody, prosimy o dokonanie zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.
Akceptuję politykę cookies
x